Wydrukuj tę stronę

W głąb wyobraźni

 

baner-bajki-s



 

Tom Bajki przypomina o ważnej dla niego, a zarzuconej przez Herberta formie poetyckiej twórczości.


ANDRZEJ FRANASZEK


We wczesnych latach 50. ubiegłego stulecia Zbigniew Herbert wielokrotnie sięgał po formę prozy poetyckiej, tworząc utwory przez samego siebie nazywane „bajkami”. Nie chcąc brać udziału w ówczesnym oficjalnym życiu literackim, podporządkowanym socrealizmowi i sterowanym przez władze, nawet nie próbował drukować ich – podobnie zresztą jak wierszy – w czasopismach czy antologiach. Jesienią 1953 roku przygotował natomiast rękopiśmienny tomik Bajki, będący imieninowym prezentem dla krakowskiego przyjaciela – Tadeusza Chrzanowskiego. Do książeczki tej, a właściwie 16-kartkowego zeszytu szkolnego, Herbert wpisał odręcznie 22 utwory, opatrując je okładką z nazwiskiem autora: „Patryk” (tego pseudonimu używał poeta m.in. na łamach „Tygodnika Powszechnego”) oraz ironicznie wybranym fikcyjnym wydawcą, a więc Ministerstwem Obrony Narodowej.
Zdecydowana większość z tych wczesnych próz poetyckich trafiła następnie do tomu Hermes, pies i gwiazda z roku 1957, choć autor – jak wynika z zachowanych notatników – długo nosił się z zamiarem opublikowania ich w osobnym zbiorze. Można powiedzieć, że zamysł ten spełniła po wielu latach krakowska oficyna a5, przygotowując reprint oryginalnej, istniejącej w jednym egzemplarzu książeczki, uzupełniony utworami odnalezionymi w archiwum Herberta.
Publikacja ta, choć zawiera w głównej mierze teksty znane, jak Kraj, Epizod w bibliotece czy Wariatka, uprzytamnia nam na nowo, że mniej więcej do połowy lat 50. twórczość przyszłego autora Pana Cogito rozwijała się dwoma równoległymi nurtami. Rzecz nie tylko w odmienności gatunkowej między wierszem a prozą poetycką, ale przede wszystkim w fakcie, iż o ile poezja Herberta konsekwentnie ewoluowała w kierunku jak największej przejrzystości i komunikatywności, miała być – jak sam to nazywał – oknem otwartym na rzeczywistość, o tyle wczesne „bajki” są raczej zapisem wędrówki w głąb własnej wyobraźni i wrażliwości, przynoszącej niekiedy wizje niepokojące czy wręcz nadrealistyczne. Takie, jakie zapisuje choćby proza W szafie:

 

Zawsze podejrzewałem, że to miasto jest falsyfikatem. Ale dopiero w zamglone południe wczesnej wiosny, kiedy powietrze pachnie krochmalem, odkryłem, na czym polega oszustwo. Mieszkamy we wnętrzu szafy, na samym dnie zapomnienia, wśród połamanych lasek i zatrzaśniętych pudełek. Sześć brązowych ścian, nogawki chmur nad głową i to, co do niedawna uważaliśmy za katedrę – a jest smukłą butelką zwietrzałych perfum.
O, biedne noce, kiedy modlimy się do przelatującej komety mola.

 

Oniryczność, prywatność wyobraźni, paradoksalność, irracjonalność, surrealny komizm... – to wartości, które Herbert, wchodząc w dojrzały okres twórczości, najwyraźniej świadomie porzucał. Zasadniczą siłę swego talentu rozpoznając gdzie indziej? A może też podejmując się zadania bycia pomocnym czytelnikowi, o czym tak pisał w liście do Czesława Miłosza: „ja też chciałem w swoich wierszach komuś pomóc (jeśli nie ocalić); i marzyłem o tem, żeby pozostał po mnie jakiś fresk w kościele”.