MICHAEL KRÜGER 

kamyk jest stworzeniem

doskonałym

równy samemu sobie
pilnujący swych granic

wypełniony dokładnie
kamiennym sensem

o zapachu który niczego nie przypomina
niczego nie płoszy nie budzi pożądania

jego zapał i chłód
są słuszne i pełne godności

czuję ciężki wyrzut
kiedy go trzymam w dłoni
i ciało jego szlachetne
przenika fałszywe ciepło

– Kamyki nie dają się oswoić
do końca będą na nas patrzeć
okiem spokojnym bardzo jasnym

W połowie lat 60. Zbigniew Herbert – wraz z Tadeuszem Różewiczem – występował w Berlinie na spotkaniu z cyklu Wiersz i jego autor. Przeczytał wtedy wiersze Nike która się waha, Powrót prokonsula, Przypowieść o królu Midasie z późniejszego tomu Napis, tomu, który przyniósł mu sławę i wywarł wielki wpływ w Niemczech. Nigdy nie zapomnę tego pierwszego spotkania! Przyczynił się do tego przede wszystkim jeden wiersz: Kamyk. Ten skromny kamyk był początkiem trwającej przez całe życie przyjaźni, która powodowała, że co najmniej raz w roku spotykaliśmy się w Monachium, Berlinie lub Paryżu, jak również przez wiele lat w różnych miastach we Włoszech, na uroczystościach wręczania Nagrody Petrarki.

Kamyk pochodzi z czasów, kiedy ziemia była jeszcze pusta i próżna, kiedy była jeszcze ziemią bez ludzi. Nie wiemy, kto go stworzył i jakie siły nadały mu doskonały kształt, w jakim nam się objawia; wiemy tylko, że czas i żywioły potrzebowały wielu tysiącleci, żeby przez procesy tarcia nadać mu tę jego formę: doskonałą, ale nie perfekcyjną. Perfekcja koła, które Giotto potrafił zakreślić jednym ruchem ręki, czy perfekcja kuli, jaką można stworzyć dzięki znajomości praw techniki, nie wyróżniają kamyka, tego trwałego tworu natury. To znaczy, każdy kamyk ma swoją własną formę, każdy różni się od innego choćby o włos, jego DNA nie da się przekazać przez dziedziczenie. Również to nadaje mu jego godność, czyni go wyjątkowym. Każdy, kto ma upodobanie do kamieni, odczuwa od razu pragnienie, żeby go wziąć do ręki, poczuć jego chłód, jego kształt w zamykającej się dłoni. A potem? Potem wyrzuca się go z powrotem do łożyska strumienia, do jego współtowarzyszy.

Ktoś oto próbował, wyjmując go z kontekstu, „wyzwolić” go z jego bycia kamieniem, ktoś próbował natchnąć go „ludzkim ciepłem”, ale też odczuł właśnie, że kamyka nie da się oswoić. Leży teraz znowu tam, gdzie jego miejsce, wypełniony dokładnie swoim kamiennym sensem, i wyziera ku górze, gdzie domyśla się Stwórcy. Bowiem kamyk wie, iż będzie istniał jeszcze wtedy, kiedy ludzie opuszczą ziemię.

Podczas gdy człowiek, który chciał nim się posłużyć, potyka się na swej drodze w stronę dołu i swojej przemiany, z niespokojnymi i zasnutymi żałobą oczami.

styczeń 2009

Z niemieckiego przełożył Ryszard Krynicki